Metoda ta polega na pobudzaniu aktywności mózgu za pomocą prądu elektrycznego o niskim natężeniu, który poprzez skórę głowy stymuluje komórki wpływając na wydajność pracy. Stosowanie tego zabiegu przez dłuższy czas może wpłynąć dodatnio na poznawcze możliwości mózgu.
Wykorzystywanie prądu do celów medycznych jest znane od wieków. W 45 roku naszej ery rzymski medyk Scribonius Largus wykorzystywał węgorza elektrycznego do uśmierzania bólu u swoich pacjentów. Czyli metody takie mają naprawdę długą tradycję. Jak więc wejść w posiadanie takiego urządzenia? Kosztuje ono mniej więcej 1000 dolarów. W rzeczywistości jest to 9-voltowa bateria i kilka elektrod, a wykonanie takiego urządzenia nie jest bardziej skomplikowane niż większość zadań z fizyki w szkole średniej... Jednak czy to wszystko może być tak piękne, na jakie wygląda na pierwszy rzut oka?
Naukowcy jak na razie nie zaobserwowali żadnych skutków ubocznych i konsekwencji dla zdrowia. Jednak cały czas pojawiają się wątpliwości natury etycznej. Wyobraźmy sobie własne dziecko podłączone do elektrod podczas odrabiania lekcji - dla większości rodziców jest to trochę przerażający widok. Zresztą jak na razie badania wykonywane były jedynie na osobach dorosłych. Istnieje pewna obawa, że stosowanie urządzenia na dzieciach może doprowadzić do pewnych dysfunkcji mózgu. Jeśli więc kiedykolwiek takie urządzenia miałyby być powszechnie dostępne, wymagają naprawdę dokładnych badaniach, uwzględniających jak najwięcej możliwych skutków ubocznych.




















